Jak już widzieliście we wcześniejszym poście, ogarnąłem nowego, starego gruza. Jako że póki co mieszkam tu gdzie mieszkam, trzeba było go przetestować. Góry weryfikują błyskawicznie nasze wyobrażenia o tym czy coś jest dobre czy nie. Więc szybki rzut oka na mapę i jazda – klasyczna trasa na retro mtb, tudzież gravele – mało pchania, dużo zjazdu. Pod kolejkę na Szyndzielnię, potem 500m przewyższenia zrobione w 15 min za 42pln i właściwa jazda. Jest sobota, więc ludzi sporo.

Cel pierwszy to dotrzeć do schroniska pod Klimczokiem. Zgodnie z moimi założeniami, zajmuje mi to 2x dłużej niż na elektryku. Co nadal jest przyzwoitym wynikiem.


Jako że nie mam w zwyczaju stać w kolejce po piwo 20 min tylko po to żeby 5 krotnie za nie przepłacić robię kilka zdjęć i zjeżdżam w dół. Brackie w plecaku czeka na swój moment. Zjazd do rozejścia 5 dróg to jedno wielkie XD. Nie mam hebli w zasadzie. Siła hamowania niedotartych, lekko tłustych klocków jest porównywalna do cantileverów. Mmm, przygoda.


Za rozstajami klocki się dosłownie palą – dawno nie widziałem żeby po zjeździe szedł z nich dym. Ale ważne że powoli zaczynają hamować jak należy. Ogólnie jazda na takim 20 letnim xc na kołach 26 po górach to obecnie masochizm. W pewnym momencie zachodzę na taki znany mi kwartał lasu, rozejrzeć się za grzybami. Trafiony zatopiony


Interesująca geometria

Elo, do następnego!
