Jak odpowiesz na to pytanie? Że nie ma szansy, co to za męczarnia, ja chce z powrotem do miasta, oddajcie mi 5G, możecie w nagrodę oddać też smog, korki i wkurwiających ludzi, ale muszę koniecznie co 15 min widzieć kto jaką rolkę mi na ig wysłał. Albo odwrotnie – no przecież wychowałem(am) się bez albo z raczkującym internetem, gdzie taka 15 sekundowa rolka ładowała się 2 godziny, to co za problem 3 dni przeżyć. Mogę nawet tydzień, albo i dwa, jak tylko z pracy bądź z domu się do mnie nikt nie dodzwoni.
Niezależnie od odpowiedzi zadam kolejne pytanie – kiedy ostatni raz robiliście sobie taki reset? I czy w ogóle. W pełni celowo i świadomie pojechać gdzieś gdzie zasięg nie dociera, gdzie przez 3 dni skupiasz się na rozmawianiu, oglądaniu widoków, a wszelkie rozrywki muszą być analogowe. Gdzie jak idziecie do sklepu kupić cokolwiek to wypada mieć gotówkę w portfelu. Do pełni resetu przydało by się jeszcze nie mieć prądu i w nocy trzymać światło z ognia, ale taki trip też już jest przygotowywany. Wszystko w swoim czasie.

W ogóle cywilizacyjnie jesteśmy wszyscy uzależnieni do elektryczności, w stopniu cieżkim do wyobrażenia. Bo jak by tu wytłumaczyć chłopu pańszczyźnianemu z XVIII wieku że bez prądu nie ma ciepła, światła, pożywienia, komunikacji, obrony, a pieniądze nie muszą istnieć fizycznie żeby nadal mieć określoną wartość?

W pierwszy dzień plan jest prosty – Rysianka i zjazd trawersem Bacmańskiej góry. Szlak niebieski. Pod Rysiankę podjazdy stokówkami ile się da, potem szlak czarny. Jest niesamowita inwersja, morze gór na południe od nas wygląda jak z bajki. Smog siedzi nisko, widać jedno pasmo, za nim kolejne i kolejne i tak w nieskończoność, aż krzywizna ziemi zabierze nam widok na Góry Bukowe i Karpaty w Rumunii.



Jeszcze trochę wypychu, ciut ciut.

Kuba pcha, bo do momentu tego wyjazdu jeszcze się łudził że nie potrzebuje elektryka. Tak a’propos wstępu.

Na rysiance ludzi zatrzęsienie, ale musimy załadować coś do pustych żołądków. Kolejka długa, idzie sprawnie, o jedzeniu można powiedzieć że jest dobre, bo ciepłe. Smaki niestety mocno szkolne – nie pieprzą.


Znajdź Gryzonia


Zjedzone, wypite, posiedziane – trzeba jechać. Na Lipowskiej już znacznie mniejszy tłum, ale nawet się nie zatrzymujemy – przed nami najlepsza część wypadu. Zjazd.


Po kawałku żółtego, docieramy do niebieskiego. Byłem na nim w sierpniu i był koszmarnie zarośnięty. Jakież jest moje zaskoczenie jak okazuje się że wszystko o czym wtedy pisałem jest ogarnięte – przycięte trawy i borówy, posprzątane drzewa w poprzek ścieżki. Teraz jest w idealnym stanie, a co ważne, nadal prawie nikt nim nie chodzi.


Zjechalismy, zaopatrzenie zrobione, pora siadać do stołu. Zajebiste żetony kupiłem u Pana Chińczyka na ichniejszym allegro, do złudzenia przypominają polskie monety, kształt, waga, wszystko jak w oryginale 😉 Jak wiadomo karty lubią dym, więc trzeba co kilka rozdań wyjść zapalić, aż w pewnym momencie się orientujemy co mamy nad głowami

Gwiazdy, droga mleczna, satelity, samoloty. Do wyboru do koloru. Złatna jest otoczona górami i lasem z każdej strony, smogu świetlnego w nocy prawie nie ma.
Dzień drugi zawiera równie prosty plan – podjazd drogą pożarową nr 16 na Muńcuł i zjazd zielonym. Już nie ma tej stonki jak wczoraj na rysiankę, tu mijamy kogoś sporadycznie.


Byłem tu dosłownie 4 dni wcześniej, co zresztą można zobaczyć na Norze, ale tym razem można nacieszyć oczy



Trochę gadam z innymi nielicznymi turystami, o tym jak zaskakująco zadbana jest ta bacówka, zresztą jak ktoś posiada informacje czy jest publicznie otwarta dla każdego czy wymaga ustalenia tego wcześniej z właścicielem to chętnie poczytam w komentarzach. Postanawiam zostawić coś od siebie, pod ręką mam taśmę izolacyjną i prawie całe opakowanie 2kc. Może komuś się przydadzą. Jest też bardzo obrazowo napisana instrukcja obsługi pieca:

Jak wiadomo ludzie nie są równi wobec siebie i na tym samym poziomie, również rozwoju, więc dobrze że to wisi. Aha, wodę ze źródełka obok można bez stresu pić bez filtrowania czy gotowania. Sprawdziłem.



Chillujemy bombę długo, z 2,5h

Baco, a te serki to prawdziwe, czy sklepowe? Mmm, prawdziwe…

Co te turysty w tym widzo, ani to dobre, ani śwarne, a jakie drogie! Tfu, łochyda

A znacie historię o kowboju który jedzie przez prerię? Jak nie to musicie zajrzeć w bacówce do księgi gości. Na nas pora, zdupcamy.
Na bazie znowu 6 godzin oszukiwania się przy kartach, popijawszy taką 5 gwiazdkową herbate z Grecji o zawartości wody 62% i w kimę. Rano niestety zupełnie inna pogoda niż wcześniej. Piździ, mży i zimno jak w grudniu. Nie mamy za bardzo chęci na jakieś wielkie jeżdżenie, więc błądzimy kilka godzin na stokówkach, a to się trochę prawdziwków w lesie trafi, a to ładną mgłę sfotografuje.

Ten slash to świetny rower, ale brakuje mu jednej rzeczy – wspomagania. Jak coś to kolega go tanio sprzeda.

I to by było na tyle, witam was w rzeczywistości. Ostatnie klasyczne zdjęcie kiery i do domu.

Ha ha, żartowałem z tym końcem, jeszcze wypadało by cokolwiek rowery w rzece opłukać, żeby nas konduktor nie wypierdolił z pociągu. Teraz koniec.

Elo, do następnego!
