
Jest sierpniowy poniedziałek, od roboty wolny cały dzień, niby masz coś tam załatwić ale bez spiny, są drugie terminy. Pakujesz więc najpotrzebniejsze rzeczy, kupujesz bilet na pociąg (Koleje Śląskie, to może być wasza reklama) i jedziesz na z góry upatrzone pozycje.

Wysiadasz z pociągu w Węgierskiej i turlasz się 45min do końca Żabnicy. Upał w pełnym słońcu jest nie do zniesienia, jakoś 36*, chociaż tyle dobrego, że w suchym powietrzu. W lesie zaczyna być znośnie, ale co z tego jak przez własny nieogar wybierasz najgorszy szlak wypychowy na Halę Pawlusią. 3h mozolnego pchania i okazjonalnej jazdy w końcu zostają wynagrodzone – łąka. Tu już, na wysokości bez mała 1200m npm upał nie jest aż tak dokuczliwy.

Co z tego, skoro zmęczony jesteś jak po zwykłym, analogowym rowerze. Tragiczny walk assist shimano tylko potęguje wkurw. Bo jak go potrzebujesz to akurat nie działa. Ehh, kiedy oni ogarną że to powinno działać jak w boschu? Pewnie nigdy…

W schronisku na Rysiance nie sprzedają wody w butelkach większych niż 0,5l. Trudno, to biorę 3 takie. I do tego izotonik.

Wiedzieliście że uchwyt do przenoszenia evoca jest jednocześnie zintegrowanym cup holderem dla izotoników?



Dobra, minęła godzina, pora pakować manżdur i jechać dalej. Najpierw na Lipowską. Widoków i tak za bardzo nie ma. Na lipowskiej zachodzę zobaczyć za jakimś żarciem – i równie szybko stwierdzam że nie jestem aż tak głodny. Gdzie te czasy że schabowy w zestawie kosztował 35 zeta. No cóż, komu drogo, niechaj nie je.

Teraz najlepsza część tego wypadu – szlak niebieski trawersujący Lipowski Wierch i Bacmańską Górę do Złatnej. Szlak prawie nie chodzony, chociaż widać że rowery po nim jeżdżą – po nich są jedyne ślady.

Stan na dzień dzisiejszy (sierpień 2026) jest taki że przez ok 1/4 jego długości jedziemy po czymś takim jak powyżej. Aż się zastanawiam czy lokalny oddział PTTK nie wpadnie na pomysł wykreślenia go, tym bardziej że oznaczenia nie są pierwszej świeżości. No ale bądźmy poważni – tu się nie da zgubić, przez praktycznie cały przebieg, może oprócz samej końcówki nie ma żadnych, sensownych, intuicyjnych odbić. Dla nie spostrzegawczych każde wyjechanie przednim kołem po za te 15-20cm szerokości ścieżki to gleba albo lot w nieznane – cała masa pochowanych pod krzokami kamieni, albo błyskawicznych obniżeń zbocza.

Ale im niżej tym częściej szlak wygląda tak: No bajka. Na koniec mam jeszcze mega farta i wcale nie chodzi i pierdnięcie – punkt 18:00 wjeżdżam na peron w Rajczy ja oraz pociąg do Kato. Klasa.
Elo, do następnego!

Jak to jest izotonik to ja jestem naturalem
Wszyscy wiemy że nie jesteś naturalem, a po chińskiej, ruskiej i czeskiej mecie jaja skurczyły Ci się do rozmiaru xxs.